Jestem świeżo po lekturze książki Ludzie na Walizkach Szymona Hołowni (którą szczerze polecam), w której podczas rozmowy z Januszem Gadzinowskim, szefem kliniki neonatologicznej w Poznaniu , porusza się problem nowo narodzonych dzieci, które - mówiąc wprost - nie mają racji życia. Powstaje dylemat, czy noworodki z poważnymi wadami, takimi jak: niewydolność serca, brak mózgu (dosłownie); powinni być utrzymywani przy życiu, ciągnąc czasem agonię (nieraz bolesną), czy skazać na życie kaleki. Według raportu programu MOSAIC (nie czytałem go osobiście, czytałem jedynie interpretację), w Polsce rodzą się najsłabsze wcześniaki. Podobno, rodzi się u nas 3-4 razy więcej dzieci z poważnymi wadami niż w innych krajach.
Czy według was, człowiek powinien walczyć z naturą i przedłużać sztucznie życie noworodka, z nadzieją, że jeszcze ono się rozwinie (tu: w przypadku małej masy noworodka) albo z nadzieją, że w przyszłości, medycyna znajdzie sposób na wyhodowanie nowego serca?
Moja opinia jest następująca: jestem ortodoksyjnym chrześcijaninem i uważam, że każde życie jest święte. Jednakże.. uważam, że każde życie jest równe - zarówno menela, jak i księdza, jak i prezydenta. Postrzegam życie istoty poprzez jakość. Każde życie jest dobre, jeżeli człowiek chce żyć. Życie = życie. Według mnie, jedno życie, nie może zepsuć jakości życia innych osób. Bo wtedy życie jednej istoty > życia wielu istot. Podczas gdy rodzi się niemowlę z wadą mózgu, nie dziecko nie cierpi przez sam fakt, że jest upośledzony. Kiedy ma zapewnione wszystkie potrzeby, jest ono szczęśliwe. Jednak cała rodzina cierpi. MY (tu: moi rodzice) musimy utrzymywać to dziecko. Jest ono ciężarem dla wszystkich. Dlatego też uważam, że takich dzieci nie powinno się utrzymywać sztucznie przy życiu.
Zapraszam do poważnej dyskusji
